O tym jak zostałam fotografem

 

Pamiętasz kim chciałeś zostać jak byłeś dzieckiem? Przypomnij sobie, a ja opowiem Ci jak to było u mnie.

Na początku chciałam zostać piosenkarką. Chyba jak każda mała dziewczynka. Zamykałam się w swoim pokoju, na uszy zakładałam słuchawki, a w rękę wędrował pilot od telewizora jako mikrofon. Śpiewałam do niego „I will always love you”. Pierwsze marzenie nie spełniło się. Dlaczego? Któregoś dnia nacisnęłam przez przypadek guzik nagrywania i okazało się, że moje „I will…” nie brzmiało tak jak Pani Houston.
Drugie natomiast już tak. Chciałam zostać dyrektorem. Z uporem i ambicjami dopięłam swego. Studia z zarządzania, potem praca i systematyczne przejście wszystkich szczebli kariery no i stało się. Byłam siebie niesamowicie dumna. Ale z czasem jakoś to wszystko się rozmyło, bo Pani dyrektor chciała być jeszcze bardziej niezależna.
I w tym momencie zaczyna się opowieść o tym jak to się stało, że zostałam zawodowym fotografem. Z mężem i paczką znajomych wybraliśmy się na wyjazd narciarski. W podróż spakowałam wielką torbę, sprzęt, a na ramieniu wisiał plecak z aparatem i obiektywami. Nomen omen przyklejony do mnie zawsze jak rzep do psiego ogona. Ciągnęłam go wszędzie ze sobą. Na spacer po krakowskim Rynku, na wakacje, na grilla do przyjaciół. Po dłuższych eskapadach zawsze plecy od niego bolały. Przecież trzeba było go wziąć ze sobą nawet na szczyt góry. Bo przecież jak będzie piękny zachód słońca, to koniecznie trzeba go uwiecznić. Ale wracam już do tego wyjazdu. Po całodziennym szusowaniu na stokach wieczorem podczas luźnej rozmowy w gronie przyjaciół padło pytanie: „ Kasia, a dlaczego ze swojego hobby nie chcesz zrobić zawodu?” I ruszyła maszyna, po szynach… Ospale? Oj nie. Z kopyta. Szkolenia, warsztaty, czytanie specjalistycznych książek, zakup profesjonalnego sprzętu i tony nieodzownych rzeczy. Szybko pojawiły się pierwsze śluby. Na każdy kolejny cieszyłam się jak dziecko. Tak zresztą jest do dziś. To niesamowite szczęście dawać innym tyle radości poprzez swoją pracę.

Zawsze po oddanym reportażu ślubnym wyobrażam sobie jak moi klienci w gronie rodziny i przyjaciół wspominają te chwile z uśmiechem na twarzy, czy też łezką wzruszenia. Ostatnio jedna z Panien Młodych pokazała mi zdjęcia ze swojego ślubu, które nosi w portfelu. Za każdym razem, gdy go otwiera wspomnienia ożywają. Inna z kolei opowiedziała mi, że swój fotoalbum z sesji narzeczeńskiej nosi dosłownie wszędzie, żeby pokazać go bliskim. Natomiast kolejna historia rozczula mnie ilekroć sobie o niej przypomnę. Otóż na przyjęciu weselnym podszedł do mnie tata Pani Młodej i podziękował mi, za album, który stworzyłam, bo to najpiękniejszy prezent jaki dostał od swojej córki. Takie momenty w życiu fotografa to najwspanialszy komplement.

A na sam koniec chciałabym podziękować mojemu mężowi za wsparcie, za wiarę we mnie i ciągłą motywację. Dziękuję też mojemu koledze Pawłowi za „iskrę”. Wielka buźka Pawełku.
Może banalnie to zabrzmi, ale niesamowitym szczęściem jest realizować siebie poprzez pracę, którą się kocha i dzięki której wywołuje się uśmiech na twarzy innych. Ale tak właśnie jest. Koniec kropka.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Wiadomość